profanuję siebie kawałkiem papieru
a potem tnę na kawałki
ucząc noże i nożyczki latać
układankę własnego ciała podziwiam
od wewnątrz
po zewnętrzne koniuszki małego palca
profanuję niezmiernie bezkresnie
bezbolesnie składam na nowo
a gdy juz wszystko nie na swoim miejscu
profanuję znów dla przyjemnosci
latających talerzy
bo zaburza sie percepcja postrzegania
materialnych rzeczy
krzesła stają mi dębem na głowie
a szczotki czeszą grzebienie
krem rozsmarowywuje się sam
po scianie pisząc tłuste napisy
grzeczne niekoniecznie
profanuję bezwzględnie
oględnie
szaleńczo
a potem wchodzę na szczyt nieba
nicią pajeńczą
to takie okrutne nazywac mnie wariatką
i może pletę trzy po trzy
o stanie prastarej materialnej rzeczy
ale ja widze jak wszystko nie tak nazwane
nie tak wybudowane
i sprofanowałabym znów
żeby widzieć dywan który
nakrywa się podłogą
a ogień spala się od swieczki
benzyną gasi się wodę
a kropla likieru amaretto
odgania złą pogodę
tylko zamknięto mi
wyobraznie
w kaftanie bezpieczenstwa
codziennosci
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz